Arsenalowi zabrakło jednego momentu do defensywnej perfekcji, która zapewniłaby im triumf w Lidze Mistrzów.
A co, gdyby Cristhian Mosquera nie zaplątał się we własne nogi? Wyobraźcie sobie, że w tamtej chwili Khvicha Kvaratskhelia i Ousmane Dembélé nie zgrali się ze sobą tak idealnie, jak robili to tak często w każdym innym meczu – z wyjątkiem tego jednego. Może podanie byłoby tym razem nieco za mocne, albo Mosquera zdołałby trącić piłkę stopą. Tak się jednak nie stało. Zamiast tego Mosquera sprokurował w 64. minucie rzut karny, który doprowadził do wyrównania, a PSG ostatecznie wygrało w serii jedenastek.
To właśnie to pytanie będzie prześladować tę drużynę. Może nie wiecznie. Gdy jest się tak dobrym, tak świetnie zorganizowanym i dysponuje się tak dużymi możliwościami wzmocnienia składu na rynku transferowym, nie ma powodów, by sądzić, że zespół ten nie powróci do Madrytu w 2027 roku czy do Monachium w 2028. Arsenal udowodnił już, że ma w sobie dość charakteru, by próbować raz za razem. Okrutna prawda jest jednak taka, że być może wcale nie musieli by tego robić. Prawda jest taka, że Bukayo Saka miał rację, twierdząc, iż o losach tego meczu zadecydują pojedyncze momenty. PSG potrzebowało zaledwie jednego takiego momentu, by zniwelować przewagę wypracowaną przez Arsenal.
Czy Koszulka Arsenal mógł utrzymać prowadzenie, które w tak efektownym stylu zapewnił im Kai Havertz? W ciągu tych 90 minut niewiele wskazywało na to, by mieli temu nie podołać. Zaledwie chwila czy dwie, w których Arsenal sprawiał wrażenie nieco nerwowego; moment, gdy Kvaratskhelia urwał się Williamowi Salibie, by ostatecznie – zmęczony pościgiem rywala – posłać strzał, który po rykoszecie od Mylesa Lewisa-Skelly’ego odbił się od słupka. Ostatni zryw w poszukiwaniu zwycięskiej bramki pod koniec regulaminowego czasu gry, gdy Bradley Barcola pozostał wysoko w ataku i niewiele brakowało, by wykorzystał kontrę. To było w zasadzie wszystko.
Arsenal był o krok od perfekcji. Dopóki nie popełniali błędów, PSG nie potrafiło stworzyć sobie absolutnie żadnych sytuacji. Najpotężniejsza siła ofensywna Europy została sprowadzona do roli zespołu równie bezzębnego, co Burnley. Zaraz, nie – to przesada. Podopieczni Michaela Jacksona opuszczali Emirates Stadium w zeszłym tygodniu, mając na koncie strzały o łącznej wartości 1,29 oczek w statystyce oczekiwanych goli (xG), po wyłączeniu rzutów karnych. Bilans PSG z tych 90 minut – po odjęciu rzutu karnego wywalczonego przez Dembélé – wyniósł zaledwie 0,84. Z ich perspektywy był to wynik niezwykle niski – poziom, poniżej którego w tym sezonie spadli zaledwie w dwóch meczach Ligue 1.
Wskaźnik xG Arsenalu również nie był szczególnie wysoki, ale też Mikel Arteta nie potrzebował, by jego drużyna przez cały mecz goniła wynik. Te faliste linie, które widzicie powyżej, nie oddają w pełni tego, jak dobrze spisał się Arsenal. Mają oni pełne prawo rozgrywać mecze tak, jak sami tego chcą. Przybyli tu, by wygrać Ligę Mistrzów – i byli tego niezwykle blisko. Ich zadaniem nie jest porywanie serc postronnych kibiców, choć ci, którzy nie potrafią docenić drużyny tak zorganizowanej i walecznej jak Arsenal, powinni chyba zweryfikować swoją wiedzę o futbolu. Ostatecznie był to ten typ wyrównanego, „na styku” meczu, którego los mógł rozstrzygnąć się wyłącznie z jedenastu metrów.
Arteta wiedział, że nie mógł oczekiwać niczego więcej.
– To, co powiedziałem zawodnikom i sztabowi, brzmi tak: nawet gdybym dziękował im milion razy, to wciąż byłoby za mało – stwierdził. – Nie chodzi o to, że wygraliśmy Premier League. Nie chodzi też o to, że zagraliśmy w finale pucharu, ani nawet o to, w jakim stylu rozegraliśmy finał Ligi Mistrzów. Chodzi o radość i o te chwile, które przeżywaliśmy wspólnie – każdego, absolutnie każdego dnia. To wartość nadrzędna, ważniejsza od wszystkiego innego.
A jednak byli tak blisko tego, by przeżyć kolejny z tych najwspanialszych dni. I być może byli bliżej, niż spodziewało się wielu. Naturalnym odruchem każdego, kto przygląda się takiemu meczowi, jest próba stworzenia w myślach „jedenastki marzeń” złożonej z zawodników obu drużyn. PSG dysponowało zdecydowanie lepszym atakiem, w dwóch trzecich lepszą linią pomocy oraz bocznymi obrońcami, za których niejeden oddałby życie. Dlaczego więc nie mieli wygrać tego spotkania? Cóż – dlatego, że w tym meczu nie rywalizował ze sobą atak z atakiem. Rywalizował atak z obroną. A w historii futbolu znajdziemy co najwyżej garstkę formacji obronnych, które zdołały utrzymać poziom prezentowany przez Arsenal – i to przez tak długi czas.
Ich formacja obronna spisała się znakomicie. Gabriel był sobą w każdym momencie, gdy Koszulka Arsenal dla dzieci wprowadzało piłkę w pole karne – a przez długi czas zdarzało się to niezwykle rzadko. Wchodził w pojedynki z tą samą zaciekłością, która sześć lat temu tak bardzo urzekła ten klub, lecz teraz cała ta agresja była w pełni ukierunkowana wyłącznie na piłkę. Ilekroć koledzy z drużyny go potrzebowali, stawał na wysokości zadania, cofał się lub rzucał w sam środek zagrożenia. Jest on ucieleśnieniem projektu Arsenalu w pełnej krasie: to efekt przemyślanego skautingu, wyjątkowego rozwoju zawodników, mistrzostwa przy stałych fragmentach gry oraz postawy nieustępliwego wojownika, walczącego do samego końca.
Los nie mógł okazać się bardziej okrutny, czyniąc go tym, który spudłował decydujący rzut karny – podobnie jak brutalnym w odczuciu był fakt, że to właśnie Mosquera sprokurował tę jedenastkę. Nie ulegało wątpliwości, że popełnił on katastrofalny błąd; rzecz jednak w tym, że przez niemal całą godzinę poprzedzającą ten wślizg, trzeci w hierarchii prawy obrońca Arsenalu prezentował się wręcz irytująco dobrze – będąc, śmiało można rzec, najlepszym zawodnikiem tegorocznej edycji Ligi Mistrzów.
Raz po raz Kvaratskhelia szukał wolnej przestrzeni, lecz przekonywał się, że Mosquera – cofający się głęboko i schodzący szeroko – gotów był oddać mu jedynie te strefy boiska, na których Gruzinowi zależało. Jeśli chciał on zejść do linii końcowej i dośrodkować piłkę, mógł to robić do woli. Gdy jednak próbował wedrzeć się w pole karne, natrafiał na mur. Nie było też mowy o jego ominięciu, jako że z pomocą w defensywie schodził Saka. Identycznie wyglądała sytuacja na przeciwległej flance, gdzie Leandro Trossard i Piero Hincapie całkowicie zneutralizowali Desire Doué. Co więcej, nie był to nawet podstawowy skład defensywy Arsenalu. Riccardo Calafiori zmagał się w minionym tygodniu z urazem, a Jurriën Timber – wbrew piątkowym zapewnieniom Artety – nie był wystarczająco gotowy do gry, by wyjść w pierwszym składzie na pozycji prawego obrońcy.
Z drugiej strony, był to wysiłek wykraczający poza samą pracę formacji obronnej. Przez godzinę Martin Ødegaard zmagał się z brakiem posiadania piłki, którego tak potrzebował, lecz jego praca bez piłki była wybitna. Pełniąc rolę swoistego „linebackera” w tej ariergardzie Arsenalu, zdawał się przewidywać głębokie podania PSG, zanim te w ogóle nastąpiły; asekurował linię obrony, przesuwając się z jednej flanki na drugą, i skutecznie blokował linie podań wiodące przez Vitinhę. Również Havertz wykonał tytaniczną pracę – zarówno z piłką przy nodze, jak i bez niej.
Czy Arsenal powinien był zaoferować coś więcej, by dołożyć kolejne trafienie do bramki, którą Havertz zdobył, posyłając piłkę wysoko nad Matwiejem Safonowem? Z pewnością. To naturalne, że przy każdej okazji chcieli obejść pressing „jeden na jednego” stosowany przez PSG, jednak fakt, iż David Raya posłał długie podanie w 35 z 37 przypadków, ocierał się już o absurd. Zbyt często wszelkie szanse na zbudowanie akcji od tyłu umierały w zarodku, ponieważ Havertz nie był w stanie jednocześnie wygrać pojedynku główkowego, utrzymać się przy piłce i wprowadzić do gry kolegów z drużyny. Gdy pod koniec drugiej połowy przed Saką otworzyły się dogodne okazje, zabrakło mu po prostu sprytu i przebojowości, by oddać celny strzał.
Podobnie jak w zeszłym roku, rozwiązanie problemów trapiących Arsenal w starciach z najlepszymi drużynami wydaje się proste: potrzebują po prostu kilku kolejnych napastników zdolnych do samodzielnego przesądzania o losach meczu – takich, jakimi dysponują ich rywale. Jakże przydałby się tej drużynie własny „Kwaracchelia”. I jakże bezradni okazali się wobec tego, co on sam im zgotował.
Arsenal – mistrz Anglii, klub, który przywrócił nadzieję swoim zrozpaczonym kibicom – naprawdę zapewnił sobie potężną szansę na nieśmiertelność. Wymagali od siebie perfekcji – dokładnie tak, jak wiedzieli, że PSG będzie wymagać jej od nich. Jakże blisko byli celu.